irakhead2

BEZ PLANU DO IRAKU: CHAOTYCZNE WPROWADZENIE

- Jadę autostopem do Iraku!

– (cisza) …dobrze, tylko do nas nie dzwoń, bo będziemy się martwić jak cholera czekając na każdy twój kolejny telefon lub sms.
Kilka miesięcy temu pokonaliśmy 7848km w 12 dni – wierząc szacunkowym obliczeniom google maps, nikt przecież nie dodaje kilometrów na kalkulatorze w czasie takiej wyprawy. Po powrocie byliśmy wykończeni, jak śledzie po sztormie, więc to zdecydowanie mogło być nawet więcej niż 8tys.km. Nie planowaliśmy tego, ale koniec końców przekroczyliśmy granice 4 państw: Iraku, Turcji, Gruzji i Armenii, nasz przyjaciel Vitus nawet pięć granic, dodając do tego jeszcze Niemcy. Lecieliśmy dwoma, a nawet trzema samolotami (to ponownie apropos kolegi Vitusa), jechaliśmy międzymiastowymi busami, ale też przemierzyliśmy marszem niemały odcinek drogi. Korzystaliśmy z usług kilku taksówek, dwa razy kurs po około 300km taksówką – najdłuższa i zarazem najtańsza taka trasa, ponieważ za kurs Zakho-Erbil w Iraku zapłaciliśmy w sumie 50-60 euro do podziału na cztery osoby.
Ja i moi przyjaciele – Vitus, Elena z Niemiec i Laura z Francji poznaliśmy się w Turcji, gdzie przez rok jako wolontariusze pracowaliśmy z dziećmi z centrów rehabilitacyjnych, z przedszkoli, z Romami i uchodźcami z Syrii. Podróżowaliśmy razem już wcześniej, ale ta wyprawa miała być jedną z naszych ostatnich w tym składzie i dlatego chcieliśmy, żeby naszym celem było jakieś wyjątkowe miejsce. Laura zaproponowała wyjazd do Iraku, powód? Bardzo chciała mieć pieczątkę Irackiego Kurdystanu w paszporcie. W ten sposób zaczęliśmy “planować” wyprawę autostopem do Iraku.
Na co dzień pracowaliśmy w różnych rejonach Turcji, nie mogliśmy zatem spotkać się wcześniej i dokładnie omówić trasy, poszukać tanich noclegów, przygotować listy miejsc, które chcemy zobaczyć ani tych, od których lepiej trzymać się z daleka, bo wciąż może tam być niebezpiecznie. Ustaliliśmy, że 4 kwietnia zjeżdżamy się do Gaziantep na południu Turcji, a do tego czasu każdy na własną rękę ma się jak najlepiej przygotować merytorycznie i praktycznie do wyjazdu. Koniec końców nie mieliśmy i nie wiedzieliśmy dosłownie nic. Zawsze jesteśmy trochę leniwi przed takimi wyprawami, stawiając wszystko na jedną kartę: jakoś to będzie.
Ja lecąc z Balikesir na płn.-zach. Turcji zboczyłam z trasy do Gaziantep i z lotniska w Adanie pojechałam jeszcze na jeden dzień na dolmę i domową Raki do znajomych w Mersin. Poza tym, do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy czy Vitus lecący z Niemiec dotrze do nas na czas (strajk Lufthansy). Bez niego musiałybyśmy jechać same – trzy studentki jadące autostopem do Iraku? To stawiało duży znak zapytania w naszych planach. Wszyscy dotarliśmy do Gaziantep 4 kwietnia późnym wieczorem – na niecałe 7 godzin przed planowanym wyjazdem do Iraku.
Tego wieczoru, na wpółprzytomni leżąc w śpiworach, sumowaliśmy kilometry i niejasno zakreślaliśmy plan podróży na mapie, którą kupiłam w sklepie spożywczym kilka godzin wcześniej. Decyzja: zaczynamy następnego dnia o 5 rano, będziemy łapać stopa na drodze E90 z Gaziantep do przejścia granicznego w Silopi-Zakho.
Do pokonania mamy jakieś 500km z Gaziantep do granicy, potem jeszcze co najmniej 300 km do stolicy Kurdystanu, gdzie mieliśmy spędzić noc na couchsurfingu. Wiedzieliśmy, że pokonanie tej trasy zajmie nam co najmniej 13 godzin przy nieprzerwanej jeździe samochodem, chociaż wiadomo, że podróżując autostopem nigdy nie jesteś w stanie dokładnie oszacować potrzebnego Ci czasu. Do tego dochodzi postój na przejściu granicznym: czekając w kilometrowym-korku-kolejce plus sama procedura kontroli paszportowej – nie mieliśmy zielonego pojęcia ile czasu to wszystko może potrwać i czy zdążymy dotrzeć do Erbil przed zmrokiem… czego się nie robi dla fajnej pieczątki. Mimo wszystko, nasz dream team był w świetnym nastroju… jak zwykle czuliśmy, że “jakoś to będzie”. Najważniejsze, że mamy naładowane baterie w aparatach fotograficznych, śpiwory i krem z UVB 50.
Celem naszej podróży była północna część Iraku, rejon dawnej Mezopotamii – dużo bardziej stabilny politycznie rejon kraju, w porównaniu z Bagdadem czy Mosulem. Pierwszego dnia chcieliśmy dotrzeć do Erbil, stolicy Kurdystanu. Miasto to jest znane pod wieloma nazwami, takimi jak Irbil, Arbil, Arbela czy Hewler w języku kurdyjskim. Erbil zamieszkuje około milion ludzi i można powiedzieć, że podobnie jak cały Kurdystan jest wciąż w fazie odbudowy i rekonstrukcji po latach krwawej i wyniszczającej wojny z Saddamem Husajnem. Dla zainteresowanych miejscami silnie związanymi z tymi działaniami wojennymi, warto pamiętać, może niekoniecznie odwiedzać, o małej kurdyjskiej wiosce Halabdża, gdzie Saddam Husajn testując broń chemiczną zabił około 5tys. ludzi.

W samym Erbil również znajdziemy kilka miejsc, które mają ciekawą przeszłość związaną z wojną o niepodległość np. park Abdul Rahman powstały w miejscu dawnego poligonu wojsk Husajna, tam też miał miejsce zamach w którym zginął wiceprezydent Kurdystanu, czy pomniki bohatera narodowego, lidera wojsk kurdyjskich – Mustafy Barzaniego, który przyczynił się do proklamowania Republiki Kurdystanu ze stolicą w Mahabad w 1946 r. Dzięki walkom o utrzymanie statusu autonomicznego terytorium, zakończonym w 1991 roku, Kurdystan choć wciąż zależny od Bagdadu, posiada własnego prezydenta i parlament.

Mówi się, że Kurdowie to naród bez państwa (jw. Kurdystan nie jest uznawany za w pełni autonomiczne państwo), to około 40 milionów ludzi żyjących w diasporze rozproszonej po całym świecie. Najwięcej Kurdów zamieszkuje północną część Iraku, Turcję (przede wszystkim wschodnia część)  – około 15 mln., Iran i Syrię. W Turcji większość ludzi na oślep identyfikuje Kurdów z terrorystami, a wschodnie rejony kraju uważa za niezwykle niebezpieczne. Terroryzm w nacjonalistycznie naznaczonej świadomości Turków niejednokrotnie jest równoznaczny z takimi pojęciami jak paszmerowie (tzw. kurdyjscy wojownicy śmierci, tradycyjna nazwa partyzantów walczących o niepodległość Kurdystanu w wojnie z Saddamem Husajnem), Asaisz (kurdyjski wywiad) czy też PKK (polityczna Partia Pracujących Kurdystanu). Rzecz jasna są to uprzedzenia zakorzenione i bezkrytycznie utwierdzane w ludziach z pokolenia na pokolenie.
Skoro mamy już za sobą wprowadzenie, w następnym odcinku napiszę o tym jak mogło być, a jak nie było w drodze do/i w samym Iraku.

 


Chcesz skontaktować się z autorką? Pisz na niespie@niespie.com

Foto: K.Strzelec